Szukaj:Słowo(a): Karcher Wrocław
Witam,

z Wrocławia i okolic, dziekuje za pomoc.



MAXBUD - (071) 349 47 60
RAAB KARCHER - (071) 334 63 52
AJF - (071) 348 08 67

---
Pozdrowienia

grzegorz wisowski
specjalisci od mokrej roboty: www.hydrosystem.lublin.pl



| z Wrocławia i okolic, dziekuje za pomoc.

MAXBUD - (071) 349 47 60
RAAB KARCHER - (071) 334 63 52
AJF - (071) 348 08 67



i jeszcze Sotralenz i Oltrans (w Olesnicy, sa dosc tani - np. zbiornik
dwukomorowy 2m3 kosztuje 2,400. Drenaz mozna spokojnie zrobic sobie samemu).

JaS

Witam,


| z Wrocławia i okolic, dziekuje za pomoc.

| MAXBUD - (071) 349 47 60
| RAAB KARCHER - (071) 334 63 52
| AJF - (071) 348 08 67

i jeszcze Sotralenz i Oltrans (w Olesnicy, sa dosc tani - np. zbiornik
dwukomorowy 2m3 kosztuje 2,400. Drenaz mozna spokojnie zrobic sobie



samemu).

Dla porownania SOTRALENTZ (zbiornik 2m3 z wbudowanym filtrem
zabezpieczajacym drenaz) ok.2200 brutto.

Nie wiem czy warto robic samemu drenaz. Wbrew pozorom nie jest to takie
proste, a cena gotowego nie jest taka straszna.

---
Pozdrowienia

grzegorz wisowski
specjalisci od mokrej roboty: www.hydrosystem.lublin.pl

Witam wszystkich
        a szczególnie inż. budownictwa

Mam na budowie duży problem.

        Mianowicie napadało nam do szalunku między zbrojenie trochę śniegu no i
nie możemy zacząć betonowania zanim tego śniegu nie usuniemy.
        Ma ktoś jakiś pomysł w jaki sposób sie go pozbyć.
Próbowaliśmy już palników gazowych i Karchera z gorącą wodą ale to
wszystko jest bardzo mało wydajne.
        Dmuchawy z gorącym powietrzem również się nie sprawdzają. Zbrojenie
jest na tyle gęste że nie można ich wsadzić pomiędzy pręty.

        Może zna ktoś jakiś środek chemiczny który roztopi śnieg i nie będzie
agresywny w stosunku do stali i betonu.  Jeśli tak to gdzie go dostać w
okolicach Wrocławia?

        Myślałem o soli ale ona jest bardzo agresywna i inspektor nadzoru się
nie zgodzi.

Pozdrawiam Wszystkich
        Tomek H.

W Castoramie są myjki ciśnieniowe McAlister po ok 550 zł. Podobny model
Karchera kosztuje 2 x tyle.
Czy ktoś z Grupowiczów mi powie co są warte te McAlistery? Warto?
Jacek



Używam McAlistera od 2 lat. Model oznaczony 140bar. Spisuje się dobrze, choć
Kracher to Karcher i jednak jakościowo daleko McAlisterowi (mam porównanie
do kilku modeli Karchera serii K oraz HD - niestety ceny myjek tego
producenta z pompami metalowymi są  3 razy wyższe).
Jedyny mankament, który mnie denerwuje w McAlisterze to brak uszczelek do
lancy. W Castoramie nie pomyślano o tym, że trzeba zapewnić części, które w
sposób naturalny się zużywają. Niestety nie da się dobrać tych uszczelek z
armatury hydraulicznej, bo są nietypowe, a jedyny serwis McAlistera mieści
się we Wrocławiu i tam trzeba zamawiać te uszczelki.
Reasumując jak chcesz coś taniego to właśnie polecam McAlistera ze względu
na to, iż za niewielkie pieniądze dostajesz myjkę z pompą metalową. Trzeba
się jednak liczyć z niedogodnością zamawiania uszczelek do lancy we
Wrocławiu.
Za zakupem McAlistera przemawia fakt, że w cenie McAlistera z pompą metalową
kupisz Karchera z pompą plastikową.
Jeżeli jednak chcesz kupić sprzęd dobry i masz na to kasę to wydaj je dobrz
i kup Karchera z zserii K lub HD od 5 wzwyż, ponieważ te mają metalowe
pompy. Chyba wszystkie niższe modele w cenie do 1000zł oznaczone 2, 3 i 4
posiadają pompy plastikowe, a w tym przypadku lepiej jest wybrać McAlistera
z metalową pompą.


   Mianowicie napadało nam do szalunku między zbrojenie trochę śniegu no i
nie możemy zacząć betonowania zanim tego śniegu nie usuniemy.
   Ma ktoś jakiś pomysł w jaki sposób sie go pozbyć.
Próbowaliśmy już palników gazowych i Karchera z gorącą wodą ale to
wszystko jest bardzo mało wydajne.



Ze ciepla woda nie daje rady to sie dziwie.

   Może zna ktoś jakiś środek chemiczny który roztopi śnieg i nie będzie
agresywny w stosunku do stali i betonu.  Jeśli tak to gdzie go dostać w
okolicach Wrocławia?



Wapno ?
Tylko ze go pewnie nie nasypiecie odpowiednio dobrze.

J.

Znamy Cermag przy Strzegomskiej, Adako przy Karmelkowej, Armalux przy
Mińskiej, Fodę (w Domarze), Raab Karcher przy Awicenny, Cortinę na
Bielanach - i nigdzie nie możemy znaleźć czarnego, błyszczącego gresu dobrej
jakości w rozmiarze 30 x 30.

Może znacie jeszcze jakieś warte polecenia miejsce?

Saulo

Witam,
Jutro będe we wrocku i moze byc mi potrzebne jakieś miejsce z doprowadzoną
woda , ew karcherem czy podobnym ustrojstwem ciśnieniowym gdzie możnaby umyć
auto.. ale najchętniej takie gdzie można wziąć wiadro, szampon gąbkę i zrobić
to porządnie ręcznie, a ciśnieniówka tylko do spłukania (ew wiadro, gąbka i
chemikalia własne)...Koniecznie musi być samooobsługowe

Ktoś z wrocławian zna może takie miejsce? Standrdowa myjnia samoobsługowa to
problem bo zazwyczaj jest tam wyłacznie ciśnieniówka, a mnnie chodzi o to żeby
można było normialnie - szampon i gąbka. ..


Witam
Poleccie jakąś dobrą ręczną myjnię samochodową we Wrocławiu, bo auto od
błota
i soli
okrutnie brudne...
Coby dobrze myli, nawoskowali i nie porysowali przy okazji
Aha, w jaki sposób utylizować stary olej silnikowy - można go gdzieś oddać ?
Pozdrawiam
Romek



Najlepsza myjnia ręczna to .. swoje rączki / karcher :).

No dobra , ale nie każdy może. Powiem tak ,ze jak jest okrutnie brzydka
pogoda, to jeżdżę na myjnie na stację Orlenu na Muchoborskiej. Tam jest i
ręczna i automatyczna. Do wybotu do koloru.

Pozdr
Toma

ja smigam do stajni samochodow poczty i myje auto z woskowaniem za 19pln. gosc ma myjke karchera dobry wosk i efekt jest genialny. nie wspomne o gratisowym myciu szyb i elementow lakieru od srodka tj. progi i elemenry przy szybach. jezeli ktos jest z wroclawia polecam poczte na ul. kolejowej. tanie i dobre
Vit0 napisał(a):

To juz jest ulica Krzycka


no a co ja innego napisalam?

Reczna (wymyja wywoskuja) = ze sama nie myjesz auta?


wlasnie to sie rowna

Na BP na Karkonoskiej... juz troche dalej w strone Bielan jest reczna z
Karcherem i samemu sie auto myje, kosztuje to wtedy 5 zl


w lecie to ja sobie jade na ogrodek i myje ale w zimie jakos
mi sie nie chce biegac ze szlaufem.

Tyle, ze po woskowaniu i narzuceniu srodka z polyskiem tym Karcherem
trzeba jeszcze szyby sobie samemu umyc jakims dobrym srodkiem, po
strasznie sie wszystko pozniej lepi i wycieraczki nie daja rady na ten
wosk.


a tu mi szybki tez myja po wosku

--
Justyna/walkie!
http://walkie.cegla.art.pl
mail: walkie_nie_chce_sp@mu.wroclaw.net.pl
R214i '96 75 KM 1.4 bosssssski czerwony
A która pralnia weźmie we wrocławiu derki zimowe????

Ja całą resztę piorę w pralce: derki polarowe, czapraki, owijki, podkładki. Pralka na 60 stopni i wszystko super doprane.

A popręgi i transportery latem karcherem (czapraki jakiś czasami też), świetnie ściąga cały brud i sierść.

a sposób na sztywniejące np. popręgi, to trzeba zaraz po praniu ponaciągać mocno (albo we dwie osoby, a jak samemu to można przydepnąć z jednej strony sprzączki i ciągnąć w górę)
Połączę oba tematy ortografii i czystości na szlakach turystycznych. Z czystością jest jak z ortografią, jednym nie chce się przycisnąć klawisza "Shift", a drugim nie chce się przenieść śmiecia do kosza. Jednym słowem wszędzie wychodzi z nas lenistwo.
Do promocji szlaków turystycznych, brakuje jeszcze dobrego rozkładu jazdy PKP tak żeby w week-endy mozna byłoby przywieźć rowerek z Wrocławia pojeździć sobie po okolicach i wieczorkiem wrócić z powrotem.
Brakuje też zaplecza gastronomicznego w miejscowościach do których lub przez które biegną szlaki turystyczne.
Jest "Złoty Las" w Nowej Ziemii, jest gdzie zjeść, zaparkować samochód, brakuje tylko myjki (zwykłego karchera) żeby można było umyć rowerek z błotka.
Na szlakach brakuje miejsc gdzie można by było usiąść, posilić się własnym prowiantem, a śmiecie wyrzucić do kosza który by tam był.
I jeszcze jeden problem - endurowcy - od siedmiu boleści motocrosowcy, którzy też śmigają bez wyobraźni po drogach którymi prowadzą szlaki turystyczne. Widziałem kiedyś jak taki "sportowiec" wypadł z rykiem na zdezelowanym motorku na wprost grupki jeźdźców, mieli dość sporo kłopotu z wystraszonymi wierzchowcami.
Jedno jest pewne mamy piekne i wartosciowe okolice, które przy odpowiedniej promocji regionu mogłyby stać się żyłą złota dla mieszkańców.[/img]
MTBmarathon byłem w Nieporęcie i Karpaczu
+ fajne trasy i dobrze oznakowane. mycie rowerów karcherem bez kolejki
- nic do bidonu przed startem, jedna miseczka jedzenia po ,problemy z wynikami i dyplomami :(
Bikemaraton Wrocław i Boguszów Gorce
+fajne trasy i dobrze oznakowane,gatorade prze do woli, jedzenia po do woli,wyniki na mecie (tablica świetlna)upominki :bidon i talony na 50 zł do wykorzystania na stoisku Verge,wyniki z Boguszowa były w sobote na necie:)
-brak karchera,bardzo dziwny sektor
stawiam na Bikemaraton :)
Witam wszystkich.Zajmuje się praniem tapicerki metoda natryskową. Do pracy używam odkurzacza piorącego firmy KARCHER PUZZI 100 i proszku RM 760 co gwarantuje wysoka jakość usługi . Wszystkie prace wykonuje u klienta w domu. Czas prania to około 3-4 godziny a koszt to OD 150ZL. do 200zl. Czyszczone jest całe wnętrze auta + bagażnik . Wystawiam rachunki. tel - 798 701 981 gg 6665763
10.1. Wszyscy uczestnicy cyklu Bike Maraton 2009 w ramach wpisowego otrzymują:
- oficjalny folder Bike Maraton, - NIE DOSTAŁEM
- oficjalny plakat Bike Maraton, - NIE DOSTAŁEM
- pamiątkowy, imienny dyplom uczestnictwa z wynikiem uzyskanym na danej edycji,
- pamiątkowe naklejki Bike Maraton, - NIE DOSTAŁEM
- akcesoria sportowe (w zależności od edycji mogą to być m.in. bidony, koszulki, okulary sportowe, skarpetki kolarskie, czapeczki, itp.) - NIE DOSTAŁEM ( jedynie we wrocławiu dostałem bidon)
- batony i napoje energetyczne ,
- prawo do korzystania z bufetów na trasie (woda, napoje izotoniczne, batony, owoce, ciasta, itp.)
- posiłek regeneracyjny po maratonie – Pasta Party
- zabezpieczenie medyczne i ratownicze - nie chcę nikogo urazić ale z doświadczenia opartego na szczęście na jednym przypadku (2 rok w BM) z medycznym różnie jest - we wrocku kumpel załatwił obojczyk zadzwonił na numer podany jako ratunkowy na BM i czekał 0,5 godz z zerowym skutkiem po czym doszedł na metę (wypadek max 4 km od mety) a panowie z karetki powiesili rękę na temblaku i kazali mu samemu jechać do szpitala na rtg - dodam że było to na tyle poważne że miał być operowany już na miejscu we wrocku ale zdecydował się na swój miejscowy szpital.
- ubezpieczenie NW wszystkich uczestników na czas trwania maratonu - lepiej żeby nikomu nic się nie stało, ale jest za opisany wypadek kolega dostał max % z tabeli za ten uraz - całe 130 zł
- możliwość umycia roweru po maratonie, - o ile w pobliżu jest jakaś rzeczka bo na karcher trudno się doczekać - w krakowie 55 minut czekałem
- bezpłatny serwis techniczny przed startem, - zawsze widziałem pusty namiot - szukałem i albo jestem ślepy albo patrzę nie w tym miejscu - pozatym co oferowałby bezpłatny serwis ? bardzo ogólnie to napisano - czy jeśli załatwię np koło na dojeździe na start to wymienią mi
- nagrody rzeczowe i puchary dla zwycięzców,
- prezenty dodatkowe losowane wśród wszystkich uczestników, - tak naprawdę to jeden prezent - zegarek
- doskonałą kolarską atmosferę, - dzięki UCZESTNIKOM !

TAKA MAŁA ANALIZA
Sluchajcie gdzie we Wroclawiu mozna umyc samochod z Karchera, znam tylko stacje Bp przy samych bielanach :/ ale to daleko strasznie, znacie jeszcze miejsca gdzie mozna ???
Jako szczęśliwy posiadacz serii III V12 poczułem się zobowiązany do przyłączenia do tego zaszczytnego forum. Jestem już zakochany w marce, choć moje autko posiadam dopiero od maja. Na początek podzielę się opisem mojego pieszczocha. Nabyłem go wiosną tego roku u Pana z Wrocławia (Pozdrawiam!!!) w stanie do gruntownej naprawy i bez kotka na masceJ. Skrzynia uszkodzona, karoseria z licznymi wykwitami korozji. Jest to seria III z silnikiem 5.3 V12, rocznik 1985, kolor pierwotnie zielony metalik z rdząJ, skóry kremowe, przebieg licznikowy 140 tys km, sprowadzony z Niemiec. Na pierwszy ogień poszła naprawa skrzyni (nie polecam mechanika, który ją robił, będzie reklamacja; wycieki + brak mocy przy ruszaniu). Następnym krokiem była rozbiórka autka i oddanie do lakiernika (którego polecam), aktualnie autko w kolorze czarna perła. Do teraz udało mi się złożyć zewnętrzne elementy i zamontować kotka, wymienić podsufitówkę i kierownicę. W planach wizyta u zaprzyjaźnionego mechanika i elektryka - wymiana płynów eksploatacyjnych i filtrów, regeneracja układu kierowniczego, wymiana świec i kabli, wymiana kopułki i palca rozdzielacza, ewentualne wymiany części zawieszenia, naprawa alternatora, uszczelnianie silnika i układu kierowniczego, oraz ewentualne naprawy elektryczne. Na koniec zostanie złożenie środka, czyszczenie skór, polerowanie chromów, karcher wykładzin, serwis klimy i ustawienie geometrii (jeśli znajdę kogoś kto umie ją dobrze ustawić).
Korzystając z okazji chciałbym zadać kilka pytań posiadaczom tego pięknego autka:
1) Czy płyny eksploatacyjne podane w manualu zakupionym w V12 są właściwe?
2) Czy zakup kompletu uszczelek dolnych silnika ze sklepu V12 pomaga w trakcie jego uszczelniania?
3) Czy autko posiada filtr przeciwpyłkowy?
4) Byłbym wdzięczny za ewentualne wskazówki dot. elementów na które zwrócić szczególną uwagę przy pracach mechanicznych (powtarzalne usterki, którym lepiej zapobiec od razu).
5) Jak kształtuje się niezawodność oryginalnych przekaźników elektrycznych?
6) Mam bardzo zniszczone nakładki chromowe na nadkola, poszukuję ofert sprzedaży (ale tylko używane, żeby nie odstawały zbytnio od reszty)

Z góry dziękuję za odpowiedzi i polecam się na przyszłość w sprawie zapytań dotyczących tego modelu kota (powoli nabieram doświadczenia, szczególnie demontaż oraz montaż) Fotki dodam po planowanym finiszu czyli w lutym 2009. Szerokiej drogi!!!

Witam,
Czy ktos miał przykre doświadczenia z tym zakładem,..a moze robil tam
samochod???..

Pozdrawiam



witam,

Miałem tam robiony samochód (Fiat CC) po stłuczce: przód lewa strona
(reflektor, błotnik) + chłodnica.
Trafiłem tam porzez gościa, ktory podjechał z lawetą na miejsce wypadku
- czyli bez żadnych znajomosci czy polecenia.

Jestem raczej laikiem, więc trudno mi ocenić jakość wykonania naprawy
blacharskiej... gdy odbierałem samochód nie byłem w stanie wskazać jakiś
niedoróbek - wydawało mi się, że było OK. Po jakimś czasie (w czasie
sprzedaży samochodu) zwrócono mi uwagę, że "widać", że samochód był
"robiony" - zawodowy kupiec pokazywał mi ślady na konstrukcji z przodu
samochodu (pod maską), "złe" łączenie (spaw) blachy od błotnika z resztą
przy przedniej szybie - okazało się też, że coś było nie tak spasowane,
bo przy otwieraniu szeroko drzwi zaczęł się odklejać ten ozdobny pasek
na drzwiach - blokował się o maskę).

Gorzej było z innymi rzeczami...
1. na początku (jeszcze na miejscu wypadku) obiecywali samochód
zastępczy - na obietnicach się skończyło... ("wszystkie w ruchu - nie
mamy - trzeba czekać").
Wymieniali mi chłodnice - jeszcze jak stał na podnośniku, miałem okazję
jej się przyglądać... Niestety - używana - trudno, samochód nie był
nowy, wieć ubezpieczalnia nie zwracała kosztów nowych części, ale ta
(chłodnica) miała widoczne ślady po uderzeniach ("pogniecione" blaszki w
kilku miejscach) - nie widziałem mojej starej - podobno to normalne, ale
  jako całkowitemu laikowi wydało się to wątpliwe - wolabym
"niepogniecioną").

2. Naprawa twała dłużej niż zapowiadano na początku... gwoli prawdy -
przynajmniej częściowo sam się do tego przyczyniłem - o czym zaraz...

3. a mianowicie korzystając z okazji, że samochód znalazł się w "garażu"
zapytałem na początku (przy przyjmowaniu auta do serwisu) czy nie można
zrobić przy okazji przeglądu - wymiana oleju, filtrów, ew. drobnego
przeglądu silnika: bo zauważyłem jakieś wycieki na silniku i wcześniej
poradzono mi, żeby zaobserwować skąd i prawdopodobnie uszczelka pod
"czymś" (nie głowicą), może umycie silnika - chodziło o spojrzenie
"czułym" okiem mechanika na samochodzik... oczywiście wszystko płatne
(czyli nie, że coś w ramach ubezpieczenia, jakaś lewizna...). Gość
powiedział OK, że zadzwoni i da znać jeśli coś będzie do zrobienia - do
ustalenia...

Dzień przed pierwszym terminem odbioru telefon, że właściwie ok, ale że
trzeba zmienić paski od rozrządu - zgoda - i że samochód w związku z tym
dzień później.

W efekcie po konsultacjach telefonicznych okazało się, że potrzeba
jeszcze jednego dnia...

Pierwsza wizyta: samochód stoi przed warsztatem - weryfikacja prac
blacharskich... wygląda OK. więc zaglądam pod maskę a tam jak było tak
jest, więc pytam mechanika, czy coś było robione (olej, filtry, etc.).
On nie wie - idę do "opiekuna" - no, nie, ale to przecież szybko...
zaraz zrobią... ile to potrwa? 1h... OK. czemu nie zostało, to zrobione?
No wie Pan, tyle roboty...
Trudno... czekamy...
Samochód na podnośnik (wtedy przyglądałem się chłodnicy) i goście
majstrują: filtr oleju, olej (o filtrze powietrza zapomnieli), na czułe
oko "mechanika" nie mam co liczyć... A co z uszczelką? i myciem silnika?
- No, na uszczelkę to już nie ma czasu (rzeczywiście dochodziła godzina
zamknięcia), ale możemy umyć silnik...
I facet siknął z Karchera do środka... Gdybym wiedział, że o takie mycie
silnika będzie mu chodziło... podziękowałbym przed...

Nie wiem jak oni doszli do tego paska od rozrządu, skoro nic wcześniej z
silnikiem nie robili (pewnie go wcale nie wymienili...).

I najgorsze - po odebraniu samochodu z warsztatu przez połowę drogi
dymiło się z nas (zrzuciłem to na karb polania silnika wodą), ale także
niemiłosiernie śmierdziało (to też początkowo z tym łączyłem) tyle, że
śmierdziało jeszcze przez dobre 2 tygodnie... Oczywiście wrociłem z tym
do nich (bo zacząłęm podejrzewać, że to może wadliwie wykonana naprawa
chłodnicy/układu chłodniczego), ale niczego się nie doszukali.

Reasumując:
Blacharka - bez rewelacji.
Reszta - tragedia (oczywiście sam sobie ten los zafundowałem...)
Sprawy z ubezpieczalnią - bez żadnych problemów.

I mimo że mój instynkt samozachowawczy został już dawno stępiony przez
kontakty z innymi warsztatami samochodowymi (zaliczyłem wszystkie
fiatowskie ASO we Wrocławiu + kilka innych i nigdy jeszcze nie miałem
poczucia, że zostałem dobrze potraktowany) i jestem w stanie dużo
"wybaczyć" im w kontaktach z klientami, to do tych nie wrócę...

pozdrawiam
Michał Pander

dzieki..
moze jeszcze ktos??...
WAZNE!!!!!!

| Witam,
| Czy ktos miał przykre doświadczenia z tym zakładem,..a moze robil tam
| samochod???..

| Pozdrawiam

witam,

Miałem tam robiony samochód (Fiat CC) po stłuczce: przód lewa strona
(reflektor, błotnik) + chłodnica.
Trafiłem tam porzez gościa, ktory podjechał z lawetą na miejsce wypadku
- czyli bez żadnych znajomosci czy polecenia.

Jestem raczej laikiem, więc trudno mi ocenić jakość wykonania naprawy
blacharskiej... gdy odbierałem samochód nie byłem w stanie wskazać jakiś
niedoróbek - wydawało mi się, że było OK. Po jakimś czasie (w czasie
sprzedaży samochodu) zwrócono mi uwagę, że "widać", że samochód był
"robiony" - zawodowy kupiec pokazywał mi ślady na konstrukcji z przodu
samochodu (pod maską), "złe" łączenie (spaw) blachy od błotnika z resztą
przy przedniej szybie - okazało się też, że coś było nie tak spasowane,
bo przy otwieraniu szeroko drzwi zaczęł się odklejać ten ozdobny pasek
na drzwiach - blokował się o maskę).

Gorzej było z innymi rzeczami...
1. na początku (jeszcze na miejscu wypadku) obiecywali samochód
zastępczy - na obietnicach się skończyło... ("wszystkie w ruchu - nie
mamy - trzeba czekać").
Wymieniali mi chłodnice - jeszcze jak stał na podnośniku, miałem okazję
jej się przyglądać... Niestety - używana - trudno, samochód nie był
nowy, wieć ubezpieczalnia nie zwracała kosztów nowych części, ale ta
(chłodnica) miała widoczne ślady po uderzeniach ("pogniecione" blaszki w
kilku miejscach) - nie widziałem mojej starej - podobno to normalne, ale
  jako całkowitemu laikowi wydało się to wątpliwe - wolabym
"niepogniecioną").

2. Naprawa twała dłużej niż zapowiadano na początku... gwoli prawdy -
przynajmniej częściowo sam się do tego przyczyniłem - o czym zaraz...

3. a mianowicie korzystając z okazji, że samochód znalazł się w "garażu"
zapytałem na początku (przy przyjmowaniu auta do serwisu) czy nie można
zrobić przy okazji przeglądu - wymiana oleju, filtrów, ew. drobnego
przeglądu silnika: bo zauważyłem jakieś wycieki na silniku i wcześniej
poradzono mi, żeby zaobserwować skąd i prawdopodobnie uszczelka pod
"czymś" (nie głowicą), może umycie silnika - chodziło o spojrzenie
"czułym" okiem mechanika na samochodzik... oczywiście wszystko płatne
(czyli nie, że coś w ramach ubezpieczenia, jakaś lewizna...). Gość
powiedział OK, że zadzwoni i da znać jeśli coś będzie do zrobienia - do
ustalenia...

Dzień przed pierwszym terminem odbioru telefon, że właściwie ok, ale że
trzeba zmienić paski od rozrządu - zgoda - i że samochód w związku z tym
dzień później.

W efekcie po konsultacjach telefonicznych okazało się, że potrzeba
jeszcze jednego dnia...

Pierwsza wizyta: samochód stoi przed warsztatem - weryfikacja prac
blacharskich... wygląda OK. więc zaglądam pod maskę a tam jak było tak
jest, więc pytam mechanika, czy coś było robione (olej, filtry, etc.).
On nie wie - idę do "opiekuna" - no, nie, ale to przecież szybko...
zaraz zrobią... ile to potrwa? 1h... OK. czemu nie zostało, to zrobione?
No wie Pan, tyle roboty...
Trudno... czekamy...
Samochód na podnośnik (wtedy przyglądałem się chłodnicy) i goście
majstrują: filtr oleju, olej (o filtrze powietrza zapomnieli), na czułe
oko "mechanika" nie mam co liczyć... A co z uszczelką? i myciem silnika?
- No, na uszczelkę to już nie ma czasu (rzeczywiście dochodziła godzina
zamknięcia), ale możemy umyć silnik...
I facet siknął z Karchera do środka... Gdybym wiedział, że o takie mycie
silnika będzie mu chodziło... podziękowałbym przed...

Nie wiem jak oni doszli do tego paska od rozrządu, skoro nic wcześniej z
silnikiem nie robili (pewnie go wcale nie wymienili...).

I najgorsze - po odebraniu samochodu z warsztatu przez połowę drogi
dymiło się z nas (zrzuciłem to na karb polania silnika wodą), ale także
niemiłosiernie śmierdziało (to też początkowo z tym łączyłem) tyle, że
śmierdziało jeszcze przez dobre 2 tygodnie... Oczywiście wrociłem z tym
do nich (bo zacząłęm podejrzewać, że to może wadliwie wykonana naprawa
chłodnicy/układu chłodniczego), ale niczego się nie doszukali.

Reasumując:
Blacharka - bez rewelacji.
Reszta - tragedia (oczywiście sam sobie ten los zafundowałem...)
Sprawy z ubezpieczalnią - bez żadnych problemów.

I mimo że mój instynkt samozachowawczy został już dawno stępiony przez
kontakty z innymi warsztatami samochodowymi (zaliczyłem wszystkie
fiatowskie ASO we Wrocławiu + kilka innych i nigdy jeszcze nie miałem
poczucia, że zostałem dobrze potraktowany) i jestem w stanie dużo
"wybaczyć" im w kontaktach z klientami, to do tych nie wrócę...

pozdrawiam
Michał Pander



Reportaż z zacnego eventu Sudety Drift 2009 – praca zbiorowa by Karolina, Misza oraz Majkel_C

Intro:
Właściwie to mieliśmy napisać reportaż „od strony kuchni” o tym, jak wyglądały przygotowania i zlot ze strony organizatorów, ale Mistrzyni, która z pisaniem wystartowała, uznała, że ta cała jazda, która zaczęła się w połowie lutego, czyli jakieś latanie, załatwianie, jeżdżenie, dzwonienie, negocjowanie, ustalanie i ogólne napięcie to nudy niebotyczne są i w trzecim zdaniu się przerzuciła na kwestie ogólnie znane i tak już zostało . Autorzy od razu zastrzegają, iż przez miotanie się z megafonem, jakimiś kartkami, pieniędzmi, prowadzeniem kolumny, team brefingami psimi i cholera wie czym jeszcze połowy rzeczy, które wyprawialiście, zapewne nie zauważyli... Cóż, taka dola

The beginning

Piątek, 9:20 CET, Warszawa
Kolumna warsiawska w sile 7 miat rusza równo o 9.20 w pięknym słońcu, chyżo pomykając dwupasmówką na południe, odbierając w trakcie jazdy rozpaczliwe komunikaty generowane przez inne kolumny, a to o opóźnieniu, a to o korkach, a to o ogólnym problemie z doczekaniem się wyjazdu. Zaraz za rogatkami miasta wylotowego kolumna nadziewa się na machający lizak stróża prawa, który po tym jak nie jeden wehikuł się zatrzymuje, ale kilka, i to takich samych, i wypełzają z nich ludzie, którzy dziamgoczą coś o jakimś zlocie, na który się spieszą i żeby sobie oszczędził pisania jakichś kwitków, bo i po co, wyraźnie mięknie i wpisuje sobie wszystkich w kajecik, ostrzegając o krążącym w pobliżu lotnym patrolu jego ziomków ubranych na niebiesko . Nie wiadomo, czy spełnia prośbę Mistrzyni dotyczącą poinformowania ziomków o olaniu naszej kolumny, tym niemniej nikt kolumny warsiawskiej więcej nie zaczepia. Kolumna zgrywa się prędziutko i grzeje do przodu aż milo, zjeżdżając z dwupasmówki w stronę Kluczborka, aby trochę porozkoszować się widokami pól i lasów.

Piątek nikt nie wie kiedy CET, grupa Warsiawskia, gdzieś pod Opolem
Rozleniwiona kolumna dociera do autostrady w Opolu, gdzie warsiawskie NA wymuszają na kolumnie ograniczenie prędkości przelotowej do 1.30 PLN. W międzyczasie kontakt duchowy z kolumną nawiązuje Pmcomp (jeszcze Pmcomp niach niach niach), który właśnie poderwał się z objęć Morfeusza we Wrocławiu, i ustalone zostaje miejsce spotkania. Jako że uczestnicy podróży coraz częściej skarżą się na głód, Majkel przy konsultacji z Tomai (jako ex-autochtonem znającym lokalne zwyczaje kulinarne) ustala miejsce pit-stopa obiadowego na Strzegom, mając cały czas nadzieję, że się kolumna nie zorientuje, ile jeszcze drogi tam zostało. Po dotarciu na obiad następuje zasilenie kolumny o miaty Pmcompa i Tomai. Z innych kolumn cały czas dochodzą komunikaty bez zmian, korek, korek, korek, albo gonimy Was (Demol – samotny wilk warsiawski)
Po obfitym posiłku kolumna rusza przez Bolków i Jelenią Górę w kierunku pałacu w Wojanowie. Kto nie był, niech koniecznie zajedzie. Widok na pałac po wyjeździe z lasu jest tak piękny, że Majkel wydaje dziki okrzyk za pośrednictwem radyjka w eter, co Mistrzynię tak niepokoi, że pyta „Przyp...doliłeś w asfalt ?”. Na dziedziniec pałacowy nie można wjechać. Wjazdu strzegą łańcuchy. Ale co to ? My nie wjedziemy? My? Po wysłaniu Mistrzyni na negocjacje do kierownika ośrodka kolumna miatek wjeżdża statecznie na biały żwirek i ulega urokowi sesji fotograficznej, której przewodzi Yoosef w roli kierownika artystycznego. Yoosef dyryguje fotografującymi, rzucając komentarze w stylu: „kolego PompieKompie nie zamek rób ale ludzi! Ludzie są najważniejsi!” Ponieważ słońce już chyli się ku zachodowi kolumna rusza w kierunku Szklarskiej Poręby zbierając po drodze Voxa i Lediable i osiagajac11 miat w kolumnie.

A tymczasem.....

Piątek, 9:00 CET, Gdańsk
Punkt startowy. Dwie Miaty czekają na punktualny odjazd...

Piątek, 9:15 CET, Gdańsk
Punkt startowy. Dwie Miaty odliczyły kwadrans akademicki... Nie zważając nań, czekają nadal...

Piątek, 9:30 CET, Gdańsk
Punkt startowy. Dwie Miaty liczą plamy oleju na placu przy stacji benzynowej.

Piątek, 9:45 CET, Gdańsk
Trzy Miaty ruszają z Trójmiasta. Jak później empirycznie ustalają, obsuwy propagują się mimo nadrobienia czasu...

Piątek, 12:00 CET, Poznań, Łódzkie, Kujawy
Pies pasterski (Misza) z grupy poznańskiej dzwoni do Mistrzyni. Skarży się na pracę i nawał roboty do skończenia w ciągu dwóch godzin. Mistrzyni korzystając z wielkiej mocy urlopu dowala mu dodatkowo słońcem, wiatrem we włosach i zaklinaniem pogody poprzez hawajskie kwiatki i garderobę plażową.... Grupa pomorska kontaktuje się z Quenchem (jeszcze!) i umawia się pomału na konkretną godzinę na zwiększenie kolumny w Żninie. Przemasi postanawia dokonać pierwszego w Polsce tuningu Miatki „w locie” – wybierając spotkanie z dziurą ponad kontakt z TIRem decyduje się tym razem na modyfikację mechaniczną, a nie optyczną. Wydech niemrawo zaczyna mruczeć pod podwoziem nieco głośniej niż zwykle...

Piątek, 14:00 CET, północny wschód Poznania
Grupa pomorsko-kujawska wjeżdża do Pyrlandii. Pies pasterski poznański rzuca mięsem w biurze.

Piątek, 14:59 CET, Poznań
W eter leci dużo pań lekkich obyczajów, zwisów męskich i wulgarnych kopulacji. Chyba cała Wielkopolska wali na zlot MX-5 w Sudetach. Na punkt startowy z przerażonym czekającym od kwadransa Januszem punkt 15:00 wpada grupa pomorsko-kujawska, po godzinnym przejeździe przez miasto drogami, które mogła zasugerować tylko niezorientowana w temacie nawigacja komputerowa 3 minuty później wpada BRG NA z psami pastrerskimi, które ze wstydu kulą pod siebie ogony... Gdy nieco później dobija niebieska NC, a kosze „restauracyjne” zapełniają się kubkami po kawie i papierami po mielonych związkach organicznych, ok. 15:30 kolumna w składzie 7 Miatek wyrusza optymistycznie w kierunku Szklarskiej Poręby.

Piątek, 17:30 CET, Polska ogólno-zachodnia
Optymizm w narodzie pólnocno-zachodnim nadal spory, choć 80km w 2 godziny to niezbyt porażający wynik.

Piątek, 18:30 CET, Lubin, Szklarska Poręba
Grupa poznańska „przypadkiem” napotyka świeżynkę – pachnącą/śmierdzącą fabryką cudnie lśniącą NB FL Silver Blues z Agą za kierownicą... Po ob-achaniu i –ochaniu nowego cacuszka 8-Miatowa kolumna ruszyła w dalszą malowniczą trasę przez Złotoryję drogami mniej głównymi, pagórkowatymi i mocno krętymi, w międzyczasie dostając informację o zabukowaniu się grupy stołecznej na miejscu docelowym.

Będąc nareszcie na miejscu....

Zabukowalismy się urządzając w pensjonacie i ustawiając na wcisk miatki to tu to tam. Okazało się, że umiejętności zarządzania powierzchnią pana Gienia oraz jakaś dziwaczna rozciągliwość parkingu sprawiły, że parking przewidziany na 12 aut mieści bez problemu aut 28. Przy meldunku, który przebiegał stosunkowo szybko, okazało się, że zaginął gdzieś Quench – Mistrzyni wypadła z pensjonatu z okrzykiem „Quench!!! .... my desire” (cytujac Majkela Jacksona z piosenki „Give In To Me”), czym wzbudziła ogólną wesołość, a Quench się odnalazł A ponieważ dopiero zapoznawał się z panującymi zlotowymi zwyczajami moderatorów, jeszcze nie wiedział, co go czeka...
Po wypiciu „szklaneczki pokoju” sponsorowanej przez PompaCompa udaliśmy się już prawie w komplecie na biesiadę do Karczmy racząc się żółtym mocno oprocentowanym napojem. Pies (niebieski) z kulawą nogą nas nie zaczepił. Natomiast taki niebieski pies z kulawą nogą zaczepił LeDiable i wlepił mu mandat za przemieszczanie się z zamkniętym piwem. Do tej pory nie rozumiemy tej prawidłowości. Piwko dobre było, gorzka spożywana saute dobra, jedzonko serwowane w Karkonoskiej, współdzielone przez biesiadników i jedzone czym się tylko dało – przepyszne. Po powrocie z biesiady brataliśmy się dalej w apartamenciku rodzinnym, co wspierała limonka przywieziona z Poznania i wór lodu wyczarowany przez Yoosefa .

Sobota
Gdy rano Mistrzyni i Aga powstały, przeżyły ciężki szok. Zwykle goszczenie kilkunastu/dziesięciu osób na dość nikłej kubaturze winno się skończyć jakimiś uszkodzeniami w szkle i wyposażeniu wnętrz, a tu nic! Co za dziwaczni ludzie... Nawet nikt niedopałka na balkon nie rzucił... Aga postarała się to nadrobić i niezwłocznie stłukła szklankę W tym czasie Mistrzyni zapodała muzyczkę dla ożywienia Miszy robiącego hurtowo kawę i w momencie gdy M. Jackson spiewał „talk to me woman... quench my desire” do drzwi zapukał nikt inny jak Quench w poszukiwaniu swojej bluzy. Efekt widzicie na forum w postaci zmiany nika Quencha na hmmm... inny :mgreen:
Całe stado miatowiczów jakoś gładko i bezproblemowo wstało i po porannych ablucjach i śniadanku zaparkowało się w kafejce. Na obliczach organizatorów widniała groza (Mistrzynię nawet nieco „wygło” ze strachu), bo za oknem padał deszcz i coraz bardziej w tym padaniu się rozkręcał, a na wieczór były przewidziane atrakcje nijak nie dające się przenieść pod dach. No ale nie tracąc ducha przystąpiono do rozpoczęcia akcji zlot.
Po odprawie (megafon to fajna rzecz... Naprawdę fajna! A Demol ma do odebrania zarobione klapsy za przeszkadzanie!) i wręczeniu uczestnikom kopert z tajmingami i trasówką, gadżetami od Mazdy oraz jedyną słuszną muzyką („mmmmmmmmmmmm Jezabel”) Mistrzyni zapakowała wszystkich do kolumny. Dość faszystowsko jednak cała kolumna stała już uformowana i zjeżdżała o godzinie 10:07 co było po prostu szokujące! Pieski pasterskie pięknie prowadziły kolumny wylotowe, deszcz mniej pięknie lał i jechaliśmy z dachami, co było wybitnie frustrujące.
Pomykając po smacznych, przepięknych widokowo i mokrych zakrętach kolumny połączyły się w jedną na parkingu pod Muzeum w Michałowicach i pomknęły przejechać się wspólnie krętymi górskimi drogami. Na kanale piątym wciąż krążyły jadowitości dotyczące niezapewnienia przez organizatorów odpowiedniej pogody oraz składano wnioski o rytualne tańce w celu naprawienia tego jakże znaczącego niedopatrzenia. Mistrzyni zapodała sobie odpowiedni utwór muzyczny i zgodnie wraz z psami pasterskimi dość kategorycznie zaprzeczała, że w ogóle pada!
Wyhamowaliśmy pod kaplicą świętej Anny i po zaparkowaniu wokół hotelu udaliśmy się na spacerek średnio przyjemny, bo w deszczu i nieco błotku, zwizytować sławetne źródełko. W czasie spacerku Mistrzyni sztywniała ze stresu coraz bardziej, a wszyscy organizatorzy z nienawiścią spoglądali w niebo, pod nosem mrucząc staroegipskie modlitwy ku chwale słońca Pieski pasterskie wykraczając poza funkcje usiłowały organizatorów pocieszyć, nie wiedząc jednak czemu taka zgroza gości im na obliczach, bo nieznana im była główna atrakcja nadchodzącego wieczoru, nie dająca się nijak przenieść pod dach. Źródełko zaliczyliśmy, ale tylko oczami, bo nikt jakoś z niego pić nie chciał, a już latać z wodą w ustach 7 razy dookoła kaplicy tym bardziej. W kapliczce było fajnie, bo sucho i wisiały ciuchy na zmianę (suche!) ale nikt nie chciał się przebrać.... Zarządzono odwrót i zwiększenie skuteczności egzorcyzmowania pogody.
Wyprowadzanie kolumny w całości z parkingu pod kapliczką poszło już całkiem sprawnie. Mistrzyni mimo zesztywnienia podpory głowy roniła łzę wzruszenia, że na takich ludzi musi wrzeszczeć No cuda po prostu, nie uczestnicy . Pomykając w kierunku Karpacza w celu przelansowania się z łokciem zewnętrznym zaobserwowano, że deszcz przestaje siąpić i pojawiły się pierwsze top-downy. Po niedługiej chwili prawie wszyscy łapczywie pomykali bez dachów twierdząc, że wcale, ale to wcale nie dotyczy ich woda lecąca z drzew. Ledwo słyszalne narzekania o braku słońca Misza skwitował stwierdzeniem, że przynajmniej ładniejsza soczysta zieleń jest, co wzbudziło banana w zamykającej kolumnę Miatce. Po pięknym lanserskim przejeździe karkonoskimi serpentynami, wyklęciu na CB molocha Gołębiewskiego i malowniczej trasie, dotarliśmy do parkingu przy kolorowych jeziorkach. Zaatakował nas plac, który uznał za stosowne nieco się rozciaptać i powodował wiele drift radości
Następnie Dżunior przewlókł nas przez lasy i wądoły najpierw ku jednemu jeziorku, gdzie odbył się Gruppensex z Five’em na samej górze ( http://www.flickr.com/pho...57618366610443/ ), a potem ku drugiemu. Okazało się, że nie kłamał i rzeczywiście były kolorowe. Jedno coś gdzieś w stylu merlot, a w drugim Fajf wypatrzył BRG i wdał się w polemikę z Juną na temat odmian zieleni. Ale to facet i wiadomo, ze na kolorach się nie wyznaje
W trakcie powrotnego spacerku nikt się nie wywalił na mokrych korzeniach, co można uznać za sukces. Kolumna ustawiła się prześlicznie, nikt w ramach zemsty nie zabuksował i nie ochlapał błotem Mistrzyni z megafonem. Po otrzepaniu się z resztek błota ruszyliśmy zwiedzać opactwo w Krzeszowie i pożreć obiadek. W tym miejscu uczestnicy dostali w prezencie czas wolny, który został skrzętnie wykorzystany na niezwłoczne odnalezienie myjni ciśnieniowej i umycie miatek Takiej pielgrzymki do „świętej wody” to tam jeszcze nie widzieli . Szczególny szacun i podziw należy się Miszy, który za jednym zamachem obleciał karcherem trzy miaty stojące obok siebie Potem na jakiś czas dziwnie ucichł...
Po otrąbieniu „nakonia” udaliśmy się do domu. Oczywiście nie bezpośrednio, a jaką drogą ... Heh... Słów brak ... Zakręt na zakręcie, nawierzchnia zdrowa, suchutka, no mniam mniam ... Po drodze mijaliśmy dość dużo rdzennych mieszkańców okolic w stanie odmiennej świadomości. Jeden z nich najwyraźniej miał pretensje do świata, co objawiło się Demolowym „dostałem faka na twarz” nadanym na CB; inny z kolei szczególnie uwiódł Miszę, który skomentował anonsowanego przez wszystkie psy po kolei opartego o przydrożny murek dżentelmena w pozycji półleżącej słowami „fajny ten pijak, taki klimatyczny” Jakoś dziwnym trafem takich jegomości było mniej po drugiej stronie granicy. Juna tymczasem ujeżdżjąc mruczący coraz głośniej Lansowóz, stwierdziła na zakończenie, że jak sie ma za soba Fajfa, to w ogóle nie trzeba patrzeć w lusterko, bo po każdym zakręcie odmeldowuje sie głośnym "tssssst" Pomykając przez Zacler, Trutnov i Małą Upę i widząc zapał do jeżdżenia sygnalizowany przez uczestników organizatorzy, przedłużyli wycieczkę – o 70km w stosunku do pesymistycznych pierwotnych założeń oraz pouczyli o konieczności zastawek. Dzień zakończył się dużą pochwałą i zadowoleniem ze zbiorowego kolumnowaniam
Po powrocie do „domu” organizatorzy myśleli, ze zmęczyli towarzystwo, ale nie! Nic bardziej błędnego. Nikt za bardzo nie chciał udać się do pokoju w celu dokonania ablucji przed wieczornym biesiadowaniem i cały komplet nieco się miotając zasiadł przy stołach.
Na co wjechała niespodzianka, czyli świnia nadziana na patyk. Mistrzyni była pod ogromnym wrażeniem tak szybkiego unicestwienia kilkudziesięciokilogramowego prosiaka, choć sama przyczyniła się do tego z taką gracją, że Yoosef nie mógł odmówić sobie wobec niej komplementu na temat zębów jak u piranii. Po rozbiorze prosiaka na części pierwsze rozpoczęła się część artystyczna, to jest wręczenie nagród fundowanych przez Mazdę autorom najlepszych cytatów przelewowych oraz ogłoszenie warunków konkursu nr 2, czyli na najlepsze zdjęcie zlotu. Ogłoszenie drugiego konkursu zaskutkowało w dniu następnym zwiększoną liczbą trzaskających migawek (tak razy 5 ).

Biesiada ciągnęła się długo, oj długo... W trakcie miały miejsce śpiewy, reczital gitarowy w wykonaniu Seweryna oraz reczital w wykonaniu Yoosefa i Demola – niezapomniane przeżycie . Uczestnicy mocno wczuli się w klimat biesiady i walczyli z procentami i śpiewem aż miło do bardzo późnych godzin nocnych.... A organizatorom serce rosło

Niedziela
Co dziwne, rano wszyscy jakoś wstali i zjawili się przy miatach. Punktualnie Nawet Demol choć kontakt ze światem zewnętrznym miał hmmmm... inny . Znowu rozpoczęto wyprowadzanie kilku kolumn wyjazdowych ze Szklarskiej – co poszło tak sprawnie, że Mistrzyni (która przestała już być pogięta – choć oczywiście nie do końca, nie martwcie się!) aż wibrowało w środku ze szczęścia Wyjeżdżając w drugą stronę ze Szklarskiej i łącząc się w biegu w jedną dużą kolumnę polecieliśmy zwiedzić zamek Czocha. Po drodze miał miejsce mały incydent... Jeden z psów pasterskich (prosił o zachowanie anonimowości, ale i tak wszyscy wiedzą, że to ten zaczipowany... ) tak bardzo wczuł się swoją rolę, że postanowił upolować na drodze kota... Otarł się przy tym niebezpiecznie o zmianę nicka na „KatKiller” Przed zamkiem, w oczekiwaniu na panią przewodnik, do Agenta siedzącego na murku nad fosą ze swoim zwierzęciem wyposażonym w smycz na sprężynce, padł tekst nieznanego bliżej autorstwa: „zróbcie mu bungee”. Słyszący to rżąc umarli i zwiśli z blanków dość malowniczo. A potem plątali się po salach, usiłując upchnąć naszą gigantyczną (52 osoby) grupę w łaźni i wysłuchując historii o niewiernej żonie latającej przejściem już nie takim tajnym (bo przez nie przeszliśmy) oraz kwiląc z zachwytu nad łożem z zapadnią i 50-metrowym lochem oraz skrytką na kochanka. Po zwiedzaniu zamku grupa się lekko podzieliła w aktywności integracyjnej – podczas gdy jedni zalegli w oczekiwaniu na napoje używkowe na krzesełkach w pobliżu studni, od której się łysieje (całe szczęście, że wszyscy klubowicze są wierni – nikt nie gubił włosów na wietrze i nie zapychał wlotów innym Miatkom ), drudzy ofiarnie integrowali się w półgodzinnej kolejce do kawy i deserów. Po tych atrakcjach rozpoczęła się najtrudniejsza logistycznie operacja pt. 4-km odcinek na obiad w Leśnej – kolumna wyjeżdżała z parkingu w trzech niezależnych grupach i dopiero po dotarciu na miejsce poprzedniej mogła ruszać kolejna.
Po zjedzeniu obiadku i przegrupowaniu sił organizatorzy zostali podstępnie wywleczeni z miejsc, w których się aktualnie znajdowali. Mistrzyni dla przykładu usiłowała wygenerować chwilę czasu dla siebie i skorzystać z toalety – ale jej się nie udało – została w sposób brutalny wyciągnięta z toalety, a tłumnie zebrana grupa uczestników słyszała przez Miszową krótkofalówkę próby oporu . Wówczas też Fajf wygłosił płomienna przemowę dziękczynną. Do tego stopnia płomienną, że Mistrzyni (która nie ma w zwyczaju siedzieć cicho) głosu zbrakło i wydukala trzy słowa Po obdarowaniu organizatorów flaszkami dziękczynnej łiski i uściskach, dygach i łzach wzruszenia, udaliśmy się na parking, bo przecież trzeba dalej jeździć Fajf psykając swoim turbo stajlowo oddalił się w nieznane, a reszta ruszyła ku nowej przygodzie, czyli pojeździć sobie dookoła wulkanu
Pokonując całe masy winkli dotarliśmy do ciasnego acz pojemnego parkingu przy zaporze na Bobrze. Robi dziewczyna wrażenie, oj robi!.., w trakcie spacerku niezależnie w głowach Miszy i Pompacompa urodził się pomysł, że fajnie by Miatki na tej zaporze wyglądały. Po uprzednim sprawdzeniu, czy nie naruszymy zbyt wielu przepisów na raz - padło hasło mówicie, macie! Mistrzyni pilotażowo udała się na koniec zapory sprawdzić, jak się na tym zawraca... No i zapadła decyzja o doskonaleniu techniki jazdy na wstecznym . 30 pozostałych Miatek, z małymi wyjątkami, wjechało na zaporę budząc duże zainteresowanie konserwowych turystów Po wielu megafonowych instrukcjach Mistrzyni, Miatki ustawiły się pięknie w lekkim łuku zderzak w zderzak i rozpoczęło się gremialne wyzwalanie migawek , czego efekty można podziwiać na publikowanych przez uczestników zdjęciach. W tym miejscu oddalili się w nieznane koledzy Agent, Rafał W. i Łukasz (a kto to? Ano taki jeden, co się denerwował, że na niego „ikraw” mówią, jak on na „L” ), a cała reszta ruszyła w dalszą trasę... Ledwie co ruszyła, bo za chwilę stanęła, by ratować Yanika wodą do jego usiłującej się zagotować chłodnicy... Na szczególny ratunek ruszył Majkel, który podzielił się ostatnią kroplą drogocennego płynu rozcieńczonego następnie Żywcem, Nałęczowianką itp. brandami. Po udanej akcji ratunkowej kolumna dzięki sugestii debiutującej Agi wjechała na czeskiej stronie na drogą tak cudną, że to się wręcz nie da ogarnąć. Po smaczniutkich zakrętach dotarliśmy do klimatycznej knajpki w Harrachovie, gdzie większość runęła spożywać smażony syr z tatarską omaćką, hranolkami i szopską sałatkę oraz kupować na galony piwo I tu okazało się, że piątkowy tuning Przemasiego zaczyna przynosić efekty, gdyż Lansowóz wydawał z siebie coraz to donośniejsze dźwięki, godne wyścigówki – dziura powiększała się w wyrafinowany sposób. Odgłos wręcz uwodził, ale o tym później Przełęczą przez Jakuszyce ruszyliśmy do chyba pierwszego zlotowego odcinka nocnego – pięknie wymalowana droga i pokręcony pędzący sznur czerwonych światełek pod zagwieżdżonym niebem powodowały wrzaski radości. I rozpoczęła się druga biesiada, tym razem bez prosiaka, ale z dużą ilością czeskiego niepasteryzowanego piwa . Yoosef bardzo dzielnie grał na gitarze, a Demol towarzyszył mu w lirykach odmawiając dzielnie napoi wyskokowych W tym czasie Mistrzyni i Przemasi rycząc obłędnie wydechem (nie wyjeżdżeni jeszcze) poszli szaleć po winklach w okolicach Szklarskiej, czym spowodowali zainteresowanie stróżów prawa (Lansowóz ryczał jak cholera), ale uszli czujnym oczom władz i grzecznie wrócili do biesiadowania. Jednocześnie inna część braci organizatorskiej postanowiła wybrać się oglądać gwiazdy... Był jednak problem, bo wszystkie ichniejsze Miaty były zablokowane przez biesiadników w stanie po spożyciu lub wręcz zgarażowane... Juna znalazła jednak sposób na uskutecznienie wycieczki przy pomocy sprytnej konwersacji i oczu Shrekowego kota - i kluczyki do wolnostojącej miatki pozyskać się jej udało. Z nad wyraz dużą pewnością siebie w głosie, ale zapewne z drżeniem serca wewnątrz, kluczyki i dokumenty do swojej Miaty dał Janusz (JTMX-5NBFL). Juna z radością poleciała do niebieskiej Śliczności i 2 załogi pomknęły pod Szrenicę, gdzie oglądając gwiazdy leżąc na stołach pod wyciągiem również prowokowały zainteresowanie stróżów prawa, ale takie nikłe, bo sobie pojechali po czujnym obadaniu braku ekscesów. W międzyczasie bazę zlotu opuścił KyRy z pilotką. Jako istotny punkt programu biesiadowego należy podać skwitowanie przez Yoosefa talentu do bycia perkusistką przez Mistrzynię („co za kompletne beztalencie!”) oraz zaśpiewanie przez organizatorów i psy pieśni „Jolka Jolka” w wersji Rammstein.

Poniedziałek
Rankiem ekipa składająca się z Agi i Przemasiego wyruszyła oddać Lansowóz w ręce pana spawacza. Pan spawacz wyglądał jakby miał ciężki i suto zakrapiany łikend, ale spaw wykonał i po nieco ponad godzinie Lansowóz był do odbioru. Długo się nie namyślając, Mistrzyni spożywająca poranny posiłek w ręczniku zawiązanym na głowie a la turban wybiegła do Niuni, by ruszyć na misję odbicia czerwonistej NA. Ku jej niezadowoleniu zapewne spowodowanym atrakcjami z poprzedniego wieczora, Lansowóz przestał ryczeć jak wyścigówka...
Po powrocie od doktora z Lansowozem, Mistrzyni odpowiedzialna ze przekazanie wszystkich kluczy zauważyła, że tak do końca nikomu się nie chciało wymeldowywać ale prawie idealnie punktualnie kolumna ruszyła poznaną już w sobotę trasą – lecz tym razem suchą - w kierunku Karpacza. W drodze pod górę robiło się złowieszczo coraz ciemniej, aż gdy sytuacja stawała się pomału dramatyczna, Dżunior na wlocie do Karpacza wyczarował przepiękny parking, na którym przy wielu wpatrzonych oczach chowających się pod jakąś wiatą odbyły się zawody w zakładaniu dachów na czas. Poszło wyjątkowo sprawnie mimo braku megafonu, sterowania ruchem itp. zabiegów – psy wpisały się na swoje miejsca, a Mistrzyni mogła znów dumnie patrzeć na swoją dzielną grupę przed sobą . Po wyjechaniu z Karpacza w kierunku Kowar i Lubawki daszki pomału wracały na swoje prawidłowe miejsca. Zastawki tego dnia wychodziły tak bezbłędne, że aż się jechać nie chciało, tylko podziwiać ich kunszt . Za to deszczowy i emocjonalny poranek chyba udzielił się paniom, bo w miarę upływu czasu po czeskiej stronie do organizatorów i piesków docierało coraz to więcej informacji o widzeniu przez nich świata na żółto... Niestety, na najbliższej trasie nie było żadnego sensownego miejsca zdolnego przyjąć tyle Miat, więc padło na Chełmsko Śląskie, mieścinę odległą o ok. 45 minut*/ , jednak na kilka kilometrów przed rzeczonym Chełmskiem Dżunior wydał z siebie dramatyczne zapytanie o pozycję psa będącego akurat najbardziej z przodu, czyli Miszy... Po usłyszeniu odpowiedzi poprosił tylko o przejęcie prowadzenia grupy. Prośbę swoją umotywował „awarią pilotki”. Misza z gazem w podłodze pomknął do przodu, znalazł miejsce awaryjnego lądowania dla Dżuniorów i poprowadził grupę na żółtą misję na rynek w Chełmsku. Nazwa tego placu okazała się dość szumna i przez niefortunnie stojącą śmieciarkę zrobił się mały korek, jednak i to udało się rozładować. Po zatrzymaniu Miat i szybkim rozeznaniu w sytuacji architektoniczno-krzakowej, zapadła decyzja „panie na lewo... panowie za nimi”. Tymczasem widzący przejrzyście prowadzili ożywione dyskusje z autochtonami, m.in. na temat wysokich krawężników, które wykrzywiają tablice rejestracyjne . Po odwiedzeniu miejsc na uboczu kolumna spontanicznie zebrała się z 4 stron rynku dalej i przejeżdżając obok wspomnianych wcześniej 12 Apostołów („aaaaa, to to były te apostoły” słyszano później wielokrotnie) udała się w kierunku Książa. Niestety, dojazd do Książa zawierał w sobie nie dający się wykluczyć przejazd przez Walbrzych, Miasto przywitało nas dziurami, światłami i ulewą. Kolumna rozciągnęła się w czasie na 15 minut, a najlepszym chyba komentarzem do otaczającej rzeczywistości nawierzchniowej było rzucone od niechcenia przez Miszę „w życiu auta z Wałbrzycha nie kupię”.
Dotarliśmy strzępkami do Książa witani ulewnym deszczem. Serio, serio ulewnym. Podczas gdy większość uczestników już kuliła się pod parasolami i drzewami, Misza i Tomai z pilotką szykując się do bezpiecznego i możliwie suchego opuszczenia swoich Miatek zauważyli, że zaparkowana obok „Ptaszyna” Majkela ruszyła się... Po sekundzie zawahania stwierdzono jednoznacznie, że jego Miatka po prostu się zaczyna staczać... Rzucając wszystko czym prędzej wyprysnęli z samochodów ratować przynajmniej dwie Miatki przed skaleczeniami. Udało się, choć nie obyło się to bez drastycznych konsekwencji, objawiających się m.in. ekshibicjonizmem na zamku... Tymczasem Mistrzyni zgarniająca ostatnie niedobitki, które przeleciały zjazd z dwupasmówki na parking, dotarła jak zwykle ostatnia i po drodze widząc „dzieci” skulone pod krzaczkiem wypadła z Niuni w stroju nieprzystosowanym do ulewy by zawieść wszystkich pod dach, uspokajać histeryzującego pana parkingowego etc. Skończyło się to na totalnym przemoczeniu oraz stwierdzeniu Majkela: „Karolina, masz włosy w kierunku deszczu" .
Po obejrzeniu robiących wrażenie sal i wysłuchaniu opowieści o walniętej Dejzi odbyły się obiady w podgrupach, z których jedna miała zaszczyt podziwiać piękne białe oprawki okularów na opalonej twarzy Dizajera
Na parkingu smutno odburczawszy pożegnania i odtrąbiwszy koniec zlotu udaliśmy się w trasy powrotne... Pan Kolczyk pożegnał ludy zachodnie sentymentalnym komunikatem o wiernym służeniu jako pies u boku , a grupa stolicznaja by trochę podratować nastroje postanowiła zabawić się w klub tolerancji i w całości założyła różowe wstążki na swoje anteny. Należy również nadmienić, iż drodze powrotnej zagubiony Demol wykonał speed wszechczasów doganiając statecznie jadącą i oczekującą go kolumnę, pędząc z prędkością dźwięku.
Potem już były tylko telefony, SMSy, maile, a ostatecznie pierwsze wpisy na forum...

No fajnie było …no ….

The end

>